Teatr na niebie

Ogarnęła mnie niemoc.
Leżę. Wokół cztery ściany
I tyka zegar, mój wierny rozmówca.
Świat jest tam, za oknem,
Tłum ludzi i zielone drzewa.
Ja widzę tylko niebo.
To mało. Nie, to bardzo dużo.
To polskie niebo, pełne gry obłoków.
Białe baranki, puchate i śliczne.
A może skrzydlate łabędzie?
A oto troll brodaty
Z nosem jak kartofel.
Z brody się wysnuwa
Miotła czarownicy…
Nadpływa zamek księcia
I jego koń wspaniały.
Z konia rodzi się świnka,
A potem króliczek…
Defilują żaglowce.
Pirat w kapeluszu
Pije rum i macha swoją groźną szablą.
I nagle już się robi
Jakoś szaro-buro.
O nie, słoneczko, zaświeć!
Niech teatr jeszcze trwa!
Teatr jednego, szczęśliwego widza.
Co widzi całe niebo,
Złożone niemocą.
Inni patrzą w ziemię,
Pod swe szybkie nogi.
Mają zdrowe nogi.
Ale nie widzą teatru na niebie.
W takim teatrze nie bywa byle kto.

Janina Lepiarska
23.07.2007

Komentowanie zablokowane.

Komentowanie zablokowane.