Problem chorób i zaburzeń psychosomatycznych w praktyce lekarza rodzinnego

Leczenie jest sztuką

W pogoni za nowością i postępem nastąpiło oddalenie się lekarza od chorego. Z jednej strony wielki rozwój techniki przyniósł ze sobą podział nauk lekarskich na coraz mniejsze działy – specjalizacje, podspecjalizacje itp. ( i to dobrze); z drugiej strony jednak kryje w sobie niebezpieczeństwo zatracenia ogólnego spojrzenia na chorego i nie poświęcania dostatecznego czasu na bezpośredni kontakt. Może się na pozór wydawać, że skoro do ustalenia rozpoznania i prawidłowej terapii trzeba nieraz wielu i to bardzo złożonych badań, często krępujących dla pacjenta – kontakt lekarza z chorym musi stać się luźniejszy. A jednak bezsprzeczną sprawą pozostaje znaczenie opieki psychicznej w medycynie ogólnej czyli: dbałość o dobry nastrój stworzenie atmosfery zaufania, pomoc w podjęciu trudnej decyzji np. przed operacją, oddalenie – tak właściwego ludziom – lęku przed chorobą. Wymaga to od nas wiele taktu, umiaru, wyrozumiałości. A rzeczywistość? Nie jest ona ani jasna ani prosta. Właściwe połączenie najdokładniejszego, bezpośredniego badania pacjenta z badaniami pracownianymi – stanowi wielką i jakże dziś trudno osiągalną sztukę leczenia.

Sztukę tworzą zwykle artyści. Według Słownika Języka Polskiego – artysta to „człowiek tworzący dzieła sztuki, twórca; także człowiek odtwarzający je, np. potoczne o aktorze”. Nierozerwalnie z artystą – kojarzy się zaś słowo „artyzm” – „zdolność, umiejętność tworzenia dzieł pięknych. Artyzm to inaczej piękno, estetyka, mistrzostwo, biegłość, talent”.

Po tych rozważaniach nietrudno już wymienić cechy dobrego lekarza: takt, subtelność, estetyka, wrażliwość wraz z rzetelną wiedzą i dokładnością działania. Wszystko we właściwych proporcjach. Leczenie wtedy jest naprawdę sztuką a nie rzemiosłem.

Kończąc studia w zasadzie wszyscy o tym wiemy. I co potem ? Dlaczego opinia ogółu społeczeństwa o lekarzach jest zła? Podobnie jak na skałę działające stale negatywne czynniki, np. deszcze i wiatr rzeźbią jej nowy kształt – tak i postawa lekarza ulega z biegiem lat niekorzystnym modyfikacjom. Czynnikami szkodliwymi w przypadku lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej (do których się zaliczam) są: czas poświęcony pacjentom (w poradni lekarza rodzinnego wynosi on ok. 5 minut na pacjenta), rutyna, w którą się jednak nieuchronnie popada oraz postawy i oczekiwania większości pacjentów.

Polacy są ludźmi z reguły narzekającymi, zniecierpliwionymi, wiecznie się śpieszącymi Są mało tolerancyjni i raczej zamknięci w sobie. U lekarza pierwszego kontaktu nie chcą przyjąć do wiadomości, że choroba może swoim zasięgiem przekroczyć granice narządu lub może zaważyć na różnych obszarach ich życia społecznego. Oczekują oni od lekarza, że ten dolegliwości usunie – i to szybko – a zapewne i ich przyczynę; słowem naprawi rozregulowany organizm. Trochę tak jak dobry mechanik naprawia uszkodzony samochód, który potem jest jak nowy. Postawę taką – będącą zaprzeczeniem podejścia holistycznego (ujmującego pacjenta jako niepodzielna całość ciała i duszy) – można ostatecznie wybaczyć pacjentowi ale nigdy nie – lekarzowi.

W podręczniku prof. Jarosza przygotowującym lekarzy psychiatrów do pracy

z pacjentami jest podkreślone zdanie: „w każdym kontakcie psychiatra – pacjent sens zachowuje tylko podejście całościowe. Lekarz, który odchodzi od niego, odchodzi od psychiatrii.”. Myślę, że zdanie to będzie jeszcze bardziej aktualne, jeśli powiemy: „każdy lekarz, który odchodzi od podejścia holistycznego – odchodzi od prawdziwej medycyny”.

Pacjent „trudny”

Pracuję już od kilkunastu lat jako lekarz pierwszego kontaktu. Wybrałam po studiach specjalizację z chorób wewnętrznych. Wydawało mi się, że ona da mi najszersze spojrzenie na pacjenta. Kilka lat pracy wykazało, że myślałam błędnie. Było mi przykro, gdy znaczna część pacjentów żądała od drzwi – „ja tylko po skierowanie do laryngologa bo po kąpieli nic nie słyszę”, „ja po skierowanie do okulisty, bo mi brakuje rąk przy czytaniu”, „ja do reumatologa bo rano mam sztywne stawy”, „ a ja do kardiologa, bo mnie kłuje w sercu”. Przecież diagnostyka podstawowa tych dolegliwości jest prosta. Miałam świadomość, że sobie z nią poradzę gdybym posiadała sprzęt i pacjentów mniej wierzących w siłę specjalistyki. Czułam się jak pracownik urzędu pocztowego przystawiający pieczątkę na kwitkach.

I nagle – ogromne nadzieje zrodziła we mnie specjalizacja lekarza rodzinnego. Niemal cały personel wyższy mojej poradni ogólnej przystąpił do tej specjalizacji. Byliśmy jedną z pierwszych przychodni przygotowaną teoretycznie do wejścia w system pracy lekarza rodzinnego. Poszły za tym i przygotowania praktyczne. Zakupiliśmy piękny sprzęt – nowoczesne EKG, USG, oto – oftalmoskopy, anoskopy, glukometry. System niestety z wielkim trudem i oporami wchodzi w życie. Tłumaczone jest to bezwładnością reformy „systemu” i koniecznością jej dokładnego przygotowania. Jednak zaistniał w świadomości pacjentów. Czujemy większe zaufanie z ich strony, a my ze swej strony świadczymy im większy zakres usług medycznych. Ale czy wszystkim? Niestety jest liczna grupa pacjentów, których trudno zadowolić. Zwyczajowo mówi się o nich „pacjenci trudni”. Ich kartoteki nie mieszczą się w jednej kopercie. Odwiedzają gabinet lekarza rodzinnego raz w tygodniu, a bywa, że i co dwa – trzy dni. Część z nich zgłasza jednym tchem – płaczliwym słowotokiem – mnóstwo dolegliwości somatycznych. Nie przyjmuje żadnej perswazji. Tacy pacjenci maja głębokie poczucie choroby narządowej i często własną koncepcję co do diagnostyki i terapii. Oczekują dokładnego wysłuchania ich, potwierdzenia istnienia choroby, wypisania druku L-4 ewentualnie N-9 i koniecznie ulubionych leków: Oxazepam, Relanium czy Signopam. Druga grupa „pacjentów trudnych” – czuje się jeszcze zdrowa, ale radość życia mąci fobia choroby. Co miesiąc przychodzą, żeby zbadać poziom cholesterolu, wykonać ekg, usg, rtg. Mają całe listy zaleceń od irydologów, balneologów, bioenergoterapeutów, nastawiaczy kręgów, wyznawców medycyny chińskiej i tybetańskiej etc. Pragną u lekarza rodzinnego wszystko odczytać, zreasumować i upewnić się czy im to nie zaszkodzi i o ile przedłuży życie.

Potrafią zająć bardzo dużo czasu, więc lekarze pierwszego kontaktu wyrobili sobie pewne „techniki” postępowania z „pacjentem trudnym” . Albo : szybko spełniają jego żądania – wypisując plik skierowań i ulubione leki, albo też podniesionym głosem wypraszają go z gabinetu nie zwracając uwagi na obelgi pod adresem służby zdrowia – płynące już na korytarzu. Działania takie pozostawiają jednak niesmak. Ileż razy – po powyższych interwencjach – w myślach przysypywałam argumenty „bądź wrażliwy” i „chciej pomóc” argumentami „braku czasu” i „braku motywacji”. Wreszcie zmęczyło mnie to. Na szczęście – twórczo. Postanowiłam zrozumieć, co się kryje pod maską somatyczną u tych pacjentów, zrozumieć ich aktualny stan psychiczny. Zaczęłam zbierać szerszy wywiad, który ogarnia różne płaszczyzny: biograficzno – kliniczną, środowiskowo – kliniczną i somatyczno – psychiczną oraz wykazywać chęć pomocy w rozwiązaniu różnych problemów życiowych. I ta droga okazała się właściwą – prowadzi do poznania przyczyn aktualnych dolegliwości i zachowań pacjentów, dostarcza wielu nowych, cennych informacji o nich i umożliwia nawiązanie współpracy lekarz – pacjent.

Zmuszona byłam raz jeszcze pogłębić swoją wiedzę – tym razem o specjalizację z psychiatrii. Wiem już co ostatecznie zaspokoi moje poszukiwania w dziedzinie „dobry lekarz”. Psychiatria zachwyca mnie swoim ciepłem, głębokim zrozumieniem psychiki człowieka, umiejętnością znalezienia w zdrowiu ludzi „skazy”, której nie zmierzę w laboratorium i nie zobaczę w obrazie rtg. Dzięki psychiatrii pacjent ponownie stał się podmiotem. Dotychczasowe – bardzo cenne – doświadczenia somatyka pozwolą mi na szybką i trafną diagnostykę schorzeń organicznych. Natomiast całość – umożliwia wychwycenie z tłumu przewijających się dziennie pacjentów tych, u których aktualnie odczuwane dolegliwości narządowe są spowodowane defektem psychicznym.

Tylko takie podejście do pacjenta – częstokroć zabieganego, zestresowanego i przytłoczonego problemami dnia codziennego odreagowującego to somatycznie (choroby z zakresu psychosomatyki) pozwala na szybkie i trafne zdiagnozowanie i leczenie. Korzysta na tym zarówno pacjent jak i leczący go lekarz.

Artykuł ten zapoczątkowuje cykl poświęcony chorobom psychosomatycznym. Kolejne artykuły przedstawią najczęściej występujące schorzenia psychosomatyczne, ich objawy, przebieg i leczenie.

Lek med. Ewa Węgier-Szewczyk

Lek. Chorób wewnętrznych

Lek. Psychiatra

Spec. Medycyny Rodzinnej

http://www.piomed.pl

Komentowanie zablokowane.

Komentowanie zablokowane.